3 tygodnie później...
Naprawdę nie wiem kiedy minęło tyle czasu.
Po jutrze rozpoczynam czwarty tydzień nauki. Działo się naprawdę wiele. W tym czasie zdążyłam napisać napisać 5 kolokwiów, zaliczyć swoją pierwszą studencką imprezę w klubie, pierwszy raz zagrać w bilarda, nie opuścić żadnego wykładu, opuścić jedne ćwiczenia, bo profesor nie przyszedł, zjeść pyszną lasagne z naleśnikami zamiast makaronu i poznać nowych ludzi z mojego kierunku - oczywiście nie wszystkich bo to chyba nie możliwe, gdyż jest nas około 90.
Póki co zajęcia nie zniechęciły mnie do studiowania. Chociaż połowa opiera się na chemii, którą ostatnio miałam 2 lata temu, jakoś daje rade, lecz bez kursu wyrównawczego się nie obyło. Dlatego ani razy nie wróciłam do rodzinnego domu, nie mam już wolnych piątków, a dla 21 godzin w domu nie ma sensu jechać dziesięciu autobusem. Z resztą czas zamiast spędzać czas z rodzinką siedziałabym i uczyłabym się.
Dzisiaj jednak odpuściłam, po pierwsze profesor od materiałoznawstwa (jedna z odmian chemii) nie udostępnił nam materiałów, których mamy się uczyć, po drugie mam dosyć.
Zaczynam doceniać kawę i filmy, jedno daje siłę by przetrwać czas notowania, a drugie czas wytchnienia.
Po 3 tygodniach zaczynam tęsknić, szczególnie, że do mojej współlokatorki przyjechała jej mama i chociaż tydzień temu tato mnie odwiedził i przywiózł smakołyki w słoikach, codziennie odliczam dni do powrotu do domu. W tygodniu czas leci szybciej i jest łatwiej o tym nie myśleć, bo dzień wygląda następująco: pobudka, zajęcia, powrót, obiad, nauka, sen. Brakuje mi obecności osób które mnie znają dłużej niż miesiąc.
Pogoda też nie pomaga w utrzymaniu dobrego nastroju, z przepięknej złotej jesieni w dwa dni stała się paskudną, szaro burą, smętną porą, w której do się tylko egzystować. Z wielką chęcią poszłabym na spacer ścieżkami Cytadeli, bądź uliczkami Starego Miasta.
Otrzęsiny mojego wydziału wyglądały inaczej niż się tego spodziewałam. Wracając o 3 rano do domu, byłam szczęśliwa, lecz raczej tego nie powtórzę. Alkohol nie znajduje się na mojej liście potrzebnych do życia, miło było potańczyć, lecz chyba wolę posiedzieć w domu z kubkiem herbaty z kwiatów czarnego bzu i sokiem malinowej mojej mamy.
Sen jest chyba jedną z najważniejszych rzeczy w życiu studenta. Gdy nie prześpię 8 godzin nie mam siły ani nastroju by normalnie żyć. Na prawdę nie wiem jak w liceum potrafiłam spać po 4 godziny i połowę dnia spędzać w szkole nie zasypiając.
Samodzielne życie to nie bułka z masłem. Trzeba myśleć o wszystkich formalnościach, ilości jedzenia, jaką się potrzebuje, by nie wyrzucać pieniędzy do śmietnika, rano stojąc przed szafą nie myśli się o tym by wyglądać zupełnie inaczej każdego dnia, lecz o tym co ubrać by nie prać codziennie. Już nie zamiata się kurzu pod szafę czy łóżko, a okruszki zbiera się z koca i odkłada na talerz. Nikt nie posprząta po tobie, nie wywiesi prania i nie pozmywa naczyń.
Ten wpis jest bardzo chaotyczny, ale takie jest moje życie teraz.
Nie wiem co będzie jutro, czy zaliczę pierwszy semestr, czy nie wrócę z płaczem do mamy i zostanę w domu. Muszę dać z siebie wszystko dopóki mam możliwości, by brnąć dalej. Początki nie łatwe i nie powinny być. Dlatego trzymam za siebie kciuki i wierzę, że wszystko się ułoży.
Papa
Szpakuś
Komentarze
Prześlij komentarz